Kategorie: Wszystkie | Dziennik | Puzzle
RSS
wtorek, 25 października 2005
Podsumowanie

Nie będę porównywać. Napiszę tylko o swoim osobistym odbiorze tego co widziałam.

Po tym co czytałam, widziałam w TV, w czasopismach - Chiny rysowały mi się jako kraj pełen ludzi na rowerach, w stożkowatych kapeluszach, mundurkach, wyciszonych uprawianym taiczi; mieszkających w miastach pełnych pagód, domków ze skośnymi dachami i ogrodów z bonsai... A zobaczyłam olbrzymie nowoczesne miasta, w którym drapacz chmur powstaje w sześć miesięcy, z nowiutkimi zabytkami, tętniące życiem, głośne, szybkie, przytłaczające rozmiarami i ruchem; oraz ludzi gapiących się bez zażenowania w nasze twarze, przepychających się, tłoczących bez sensu, niemiłych i hałaśliwych... Nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia... Podobały mi się poszczególne miejsca - widok na Pudong z szanghajskiego Bundu , Wielki Mur, Armia Terakotowa... Wrażenia ogólne były umiarkowanie entuzjastyczne.

Tybet natomiast mnie zachwycił, zaczarował kompletnie... Do teraz nie wiem, co sprawiło takie wrażenie... Czy podniosła atmosfera, czy widok otaczających miasto gór, czy życzliwość i ciepło mieszkańców, czy bajeczne kolory, piękna architektura, czy też może brak tlenu... Pewnie wszystko razem... Do Tybetu już tęsknię i kombinuję, jak by tam znowu pojechać... :)

A oto autorka i jej mąż - autor pięknych zdjęć ilustrujących opisywaną podróż:



17:52, patekku1 , Puzzle
Link Komentarze (12) »
wtorek, 18 października 2005
Powrót do domu

Odprawa odbyła się mało sprawnie, ale nikomu nie wykazali nadbagażu, co nas niezmiernie ucieszyło. Dość długo trwały wszystkie formalności. W końcu dotarliśmy do naszego gejtu. Mieliśmy czas na ostatnią przebieżkę po lotniskowych sklepach i na wypicie porzadnej kawy w Starbucksie. Czekamy na wezwanie, opóźnienie, czekamy godzinę, czekamy drugą, oni nic nie mówią, my nie nie wiemy. MiM wygrzebali ze swoich bagaży pasztet podlaski i jakieś krakersy. Wszyscy jemy i cieszymy się już na myśl o domowym jedzonku. Nasza Kaowiec przybyła ze sklepu z butelczyną białego wina, rozlewamy wódkę w nasze kubki od kawy i z rąk do rąk przekazujemy sobie trunek. Wódka integruje - jak od dawna wiadomo. W końcu wezwanie. Okazuje się, że zamiast boeinga podstawili wielkiego iła. Ładujemy się. Lecimy. Pada komunikat, że czeka nas lądowanie w Nowosybirsku. Zdajemy sobie sprawę, że już mamy ponad dwie godziny spóźnienia, kolejne dwie i ucieka nam samolot do Warszawy. W Nowosybirsku czekamy godzinę na zatankowanie. Odlatujemy. W Moskwie mamy mało czasu na odprawę, ale bez problemu łapiemy samolot do kraju, bo też jest spóźniony. Lotowska załoga przeprasza za spóźnienie - po raz pierwszy od kilkunastu dni, ktoś nas przeprasza za opóźnienie samolotu. Widać, że jesteśmy już w domu :D

Na Okęciu się żegnamy, ściskamy, pozdrawiamy, obiecujemy kontakt i odchodzimy w swoje strony. My - do odprawy do Gdańska. Późnym wieczorem lądujemy w Rębiechowie. Domek!!!

P.S. Dwa tygodnie później zawitał do nas Sanepid, bowiem z Moskwy podróżował z nami turysta chory na cholerę. Sprawdzali, czy nie nikt z pasażerów nie ma objawów choroby. Dobrze to świadczy o służbie zdrowia, szczególnie w kontekście afery z ptasią grypą. Jak widać są w stanie opanować wirusa... Tia...

piątek, 14 października 2005
Ostatni dzień w Pekinie

Poranek spędzony w ogrodach Cesarskiego Pałacu Letniego. Olbrzymi kompleks pałacowo-ogrodowy - 290 hektarów, położony nad jeziorem Kunming, wg jednych źródeł - z ponad setką rozmaitych budowli, wg innych - około 3 tysięcy (ciekawa rozbieżność). Składają się na niego rozmaite pawilony, świątynie, pagody, mosty, altanki, galerie, pałace... Jedno z ulubionych miejsc wypoczynku mieszkaców stolicy.

kaligrafia

Starsi panowie ćwiczący kaligrafię w pałacowych ogrodach. Miły pan napisał dla nas: Polska, Warszawa, Witamy Was :D

Na brzegu jeziora ciągnie się długi na 728 metrów korytarz (wpisany do Księgi Rekordów Guinessa, jako najdłuższy na świecie), przepięknie ozdobiony malowidłami - tysiące obrazów - każdy inny - przepiekne... Korytarzem dojść można do słynnego Marmurowego Statku, wybudowanego na zlecenie cesarzowej Cixi, gdzie odbywać się miały przyjęcia i spektakle. Na powstanie blisko 40 metrowej łodzi przeznaczono środki mające służyć na roczne utrzymanie floty wojennej.

korytarz

Malunki w korytarzu

statek

Marmurowy Statek - kaprys Cesarzowej

wiewiór

Parkowy wiewiór

Następnie mieliśmy wolne popołudnie, które spędziliśmy na wydawaniu ostatnich juanów w dużym centrum handlowym. Ostatnie zakupy pamiątek, zachwyt nad znakomitymi podróbkami wszystkiego, co markowe i za niewielkie pieniądze, powrót z pełnymi siatami do hotelu.

Ostatni wieczór w Chinach spędziliśmy w teatrze na pokazo-spektaklu kung fu prezentowanym przez mnichów z klasztoru Szaolin (yhm, na pewno). Fabularyzowany pokaz sztuk walki. Miłe dla oka, miłe dla ucha, tylko samych walk i technik jakby za mało...

kung

kungfu

poniedziałek, 10 października 2005
Okolice Pekinu i Wielki Mur

Wizyta w wytworni ceramiki cloisonne. Ciekawe. Niesamowita ilość pracy włożona w każdy malutki wazonik. Stąd też niesamowicie kosmiczne ceny. Opis powstawania poniżej:

http://www.travelchinaguide.com/intro/arts/cloisonne.htm




Następnie oglądaliśmy jeden z grobowców w Dolinie Grobowców Cesarzy z Dynastii Ming. Wszystkie z nich usytuowane są zgodnie z zasadami feng shui, składają się z kolejnych rytualnych bram i przejść, które prowadzą do właściwego miejsca pochówku.



Jedna z bram na drodze do grobwca.



Korona cesarska tkana ze złotej nici

Mur chiński w Badaling. Tysiące ludzi, upał pod 40 stopni, mało czasu. To wszystko złożyło się na moje chłodne wrażenia z Wielkiego Muru Chińskiego. Jest to na pewno niesamowity obiekt, budowany przez setki lat, liczący około 6000 kilometrów; obiekt, który pochłonął tysiące ludzkich istnień i który jest największą w historii ludzkości budowlą. Przepięknie pnie się po szczytach gór, zawija, meandruje, jak gigantyczny wąż. Żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu na spokojny spacer... bo wszystkie moje wrażenia stamtąd są jakieś blade...





Podczas drogi powrotnej zawieziono nas do Centrum Medycyny Naturalnej, gdzie odsłuchaliśmy pogadanki na temat: chińska medycyna jest lepsza od waszej - czyli naszej. Na pewno coś w tym jest - nie neguję tego, ale próba udowodnienia nam tego nie powiodła im się tym razem. Wezwano profesorów na konsultacje. Profesor po zbadaniu pulsu i zajrzeniu w oczy miał postawić diagnozę - nie udało się chyba w żadnym przypadku dobrze trafić. Odebrałam to, jako chęć wyciągnięcia od nas kasy (i pewnie się nie pomyliłam). Jedyne co dobre - to mogliśmy skorzystać z masażu stóp. Fantastyczne uczucie, relaksujące i energetyzujące.


czwartek, 06 października 2005
Kuchnia chińska i tybetańska

Jadaliśmy w restauracjach. Chińszczyzna prawdziwa jest zupełnie inna niż chińszczyzna z Zachodu. Nasza jest smaczniejsza. A i tak potrawy przygotowywane były pod turystów.

Śniadania.  W formie bufetu. Z podziałem na potrawy dla długonosych i azjatów. Oni dostawali jakieś gotowane warzywa, papki z ryżu i podejrzane mieszanki czegoś z makaronem (nie skusiłam się na próbowanie). My dostawaliśmy słodkie wypieki (zaskakująco dobre, tak jak i ich ciasta), wędlinę (dziwna w smaku), sery, jogurty, płatki, tosty (nie mają "normalnego" pieczywa), dżemy, jajecznicę itd. Kawa jest nie do picia, herbata zielona w każdej ilości.

Obiady: Do każdego posiłku podawano zieloną herbatę, w duuużych ilościach.
Jedzenie było urozmaicone, jadaliśmy potrawy regionalne. Najgorsza była kuchnia seczuańska - bardzo pikantna, ale poza tym bez smaku, dużo tofu. Pyszna była z kolei kuchnia mniejszości narodowej Dai.
Kompletnie niejadalne były dla nas zupy (dowiedziałam się ostatnio, że oni robią je przeważnie na kostkach rybnych). Ryby - pyszne. I ciekawie przyrządzane np. w sosie pomidorowym na półsłodko, na ciepło. Wspaniale przyrządzają warzywa, mniam...
W Tybecie podawano nam potrawy z jaka - smakuje jak zdziczała wołowina - całkiem smaczne. I wydaje mi się, że mają więcej warzyw... Pojawiła się też kukurydza, której nie zarejestrowałam w Chinach. Poza tym podobnie...

Najbardziej smakowały mi pierożki gotowane na parze w Xian. Pychotka!!! Kilkanaście rodzajów: z różnymi mięsami, z rybami, z krewetkami, warzywami, dynią, orzechami...

Po jakichś dziesięciu dniach podróży większość wycieczkowiczów dożywiała się w KFC i McDonaldsach. Mieliśmy potrzebę spożycia czegoś zwykłego, bez sosu sojowego, smakującego Zachodem - padło na fastfoody z racji ograniczonego wyboru... A pizza z Pizzy Hut jedzona w pociągu podczas podróży do Pekinu była nieziemska... Tak jak i wyciągane gdzieś z przepastnych bagaży przez MiM polskie smakołyki - ser, krakowska, pasztet...

Podsumowując: próbowaliśmy wszystkiego, nie unikaliśmy nowości, ale nie jest to kuchnia, która większości z nas odpowiada, smaki nie są zgodne z naszymi przyzwyczajeniami i podkreślam jeszcze raz - nasza chińszczyzna jest o niebo lepsza, bo dostosowana do naszych gustów.

Acha, wszędzie wsuwają te swoje zupki w paczkach z makaronem.

09:36, patekku1 , Puzzle
Link Komentarze (5) »
wtorek, 04 października 2005
Pekin, Beijing, 北京


Na pierwszy ogień - kompleks Świątyni Niebios. Samej Świątyni, będącej symbolem Pekinu, nie udało nam się zobaczyć, ponieważ była restaurowana. W jej niedalekim sąsiedztwie znajduje się Pawilon Cesarskiego Sklepienia Niebiańskiego - otoczony półokrągłym murem, zwanym Murem Echa - szeptem wypowiedziane pod ścianą słowa odbijają się echem w całym kompleksie - pod warunkiem, że nie ma tysiąca turystów w pobliżu (co chyba jest mało realne). Tuż obok znajduje się Ołtarz Nieba - okrągła, trójpoziomowa konstrukcja, na szczycie której znajduje się okrągły kamień "Pępek Świata", który kiedyś stanowił najświętsze miejsce - a teraz fotografują się na nim turyści. Cały kompleks świątynny położony jest w pięknym parku... Wszystkie budowle są symbolicznie okrągłe i pokryte pięknymi niebieskimi dachówkami... Ładne miejsce.



Potem słynny (niechlubną sławą) plac Tiananmen - Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju. Jest olbrzymi. Gigantyczny! Wokół niego monumentalne budynki: Muzeum Historii Chin, Muzeum Rewolucji Chińskiej, Wielka Hala Ludowa, Brama Niebiańskiego Spokoju oraz z przeciwnej strony - Przednia Brama - pozostałość miejskich murów. Na placu wielki Pomnik Bohaterów Ludowych oraz mauzoleum Mao Zedonga.

(Pekin już żyje Olimpiadą - licznik na placu Tiananmen)

Nad Bramą Niebiańskiego Spokoju wisi olbrzymi portret Mao Zedonga ważący kilka ton. Autor tego portretu jest w ciągłej gotowości - w razie uszkodzenia buźki towarzysza Mao - w ciągu godziny obraz wymieniany jest na nowy, oczekujący już egzemplarz, a malarz bierze się do malowania kolejnego. Robi wrażenie!



Zakazane Miasto. Gigantyczny kompleks Pałacu Cesarskiego. Kolos! 32 hektary, wg legendy 9999 komnat. Otoczony murem, niedostępny przez ponad 500 lat dla śmiertelników, usytuowany w centrum miasta, wzdłuż osi północ-południe. Zbiór pałaców, bram, komnat, pawilonów, zaułków i tajemniczych przejść. Jest też niewielki ogród. Największe wrażenie robi widok na pomarańczowo-złote morze dachów kompleksu. Piękne, zdobione rzeźbami, pokryte złotem dachówki... Największy i najważniejszy z pałaców - Pałac Najwyższej Harmonii - był przez lata najwyższym budynkiem w Pekinie, ponieważ cesarskie prawo zabraniało wybudowania czegokolwiek wyższego.





Wieczór na Wangfujing Street. Poprosiliśmy naszego chińskiego przewodnika o napisanie nam robaczkami nazwy ulicy, na której znajdziemy jakieś duże księgarnie. Napisał, pokazaliśmy taksówkarzowi i znaleźliśmy się na Wangfujing - głównym, reprezentacyjnym deptaku Pekinu. Ekskluzywne sklepy, domy towarowe, restauracje. Znaleźliśmy "nasze" księgarnie (w tym największą księgarnię na świecie - patrz notka "Targowanie się jest męczące"). Pospacerowaliśmy, poprzyglądaliśmy się nocnemu życiu miasta, zrobiliśmy drobne zakupy (m.in. w sklepie z samymi pałeczkami), wypiliśmy drinka. Znaleźliśmy, stojący wzdłuż jednej z bocznych ulic, rząd kilkadziesięciu stoisk-straganów-barów z przeróżnymi szaszłykami pieczonymi na miejscu. Na patyczkach widzieliśmy ośmiornice, węże, koniki morskie, olbrzymie krewetki, coś, co wyglądało jak myszy, jakieś chrabąszcze, pędraki, rozmaite rodzaje mięsa i ryb... Jak malownicze - tak obrzydliwe. Zaczął kropić deszcz, więc wróciliśmy do hotelu, po kilku(nastu?) nieudanych próbach złapania taksówki - jakoś nie potrafiliśmy się przebić przez grono bezczelnych i wpychających się Chińczyków, przechwytujących nam spod nosa auta. Nie mamy tego we krwi...


środa, 28 września 2005
Pożegnanie z Xian i podróż do Pekinu ze śpiewem na ustach

Centrum miasta Xian z odrestaurowanymi murami miejskimi i nowobudowaną starówką obok. Ciekawe. Szerokie na kilkanaście metrów murzyska, olbrzymie bramy, pozostałości fosy, wieże obserwacyjne. Okala ścisłe centrum. Robi wrażenie.


Przespacerowaliśmy się w centrum w kierunku Dzielnicy Muzułmańskiej, w której zwiedziliśmy Wielki Meczet - jeden z najstarszych meczetów w Chinach. Ciekawe jest to, że nie posiada on żadnych cech, które architektonicznie przypisane są meczetom - np. nie ma minaretu ani kopuły. Składa się głównie z ogrod w stylu chińskim. I w niczym nie przypomina muzułmanskich meczetów z naszej części świata.


Dzielnica ta słynie z obszernego pchlego targu - na którym można kupić wszystko - począwszy od pięknych pamiątek - rękodzieła, akwareli, posążków, pałeczek itp. - po podróbki ubrań znanych marek. Można też zjeść w jednym z licznych "barów". Uroku targowi dodają sprzedający w charakterystycznych nakryciach głowy... Hałas, gwar, zawołania sprzedawców, cykanie cykad trzymanych w maleńkich klateczkach, słowa zachęty, pozdrowienia, śmiech... Zapachy przygotowywanych potraw oraz rynsztoków... Klimatyczne miejsce...

Wieża Dzwonu - to gigantyczny budynek w samym centrum miasta. Niedaleko stoi podobna Wieża Bębna.



Wieczorem wyjeżdżaliśmy pociągiem do Pekinu. Udaliśmy się na dworzec. Dworce kolejowe, jakie znamy, znacznie odbiegają klimatem od tych poznanych w Państwie Środka. Tłum - tysiące ludzi koczujących w halach dworca i przed nim, śpiących na chodnikach w okolicy z dobytkiem pod głową i czekających na swój pociąg. My jechaliśmy klasą I - sypialnym - pokonującym trasę bez przystanków i przesiadek. Ok. 1500 km jednym ciągiem. W związku z tym, że bilety były na "pierwszą" klasę - poczekalnia nam przypisana również była wyższego sortu - z miękkimi siedzeniami. W Chinach pociągi dzieli się na cztery klasy - I - siedzenia miękkie leżące; II - siedzenia miękkie nieleżące; III - siedzenia twarde leżące oraz III - siedzenia twarde nielężące. Cena oczywiście zależy od klasy - na najwyższą większości podróżujących nie stać. Nasz wagon składał się z czterosobowych przedziałów. W każdym przedziale był termos z wrzątkiem, papucie dla każdego pasażera, panel LCD (kilkanaście kanałów do wyboru) przy każdym łóżku, świeża pościel (kołdra,poduszka, prześcieradło), osobne nawiewy. Toalety czyściutkie, umywalnia. Luksus! Pociąg był dla nas miłym zaskoczeniem.

Pilot zakupił "białe wino", którym nas raczył przez cały wieczór, wszyscy uczestnicy powyciągali z walizek zapasy alkoholowe i w miłym nastroju mijała nam podróż. MiM częstowali nas zapasami z Polski - żółtym serem i krakowską - pychota oraz zakupioną pizzą. Wzbudziliśmy niewątpliwą sensację wylegając na korytarz, racząc się żartami, zaśmiewając się do łez, śpiewając "Sokoły" i inne znane z imprez zakrapianych tradycyjne przyśpiewki oraz popijając trunki wszelakie. Ale w końcu trzeba umacniać tradycyjny wizerunek Polaka na świecie, nie? :-D


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Patekku@gmail.com